Z życia informatyka – część 1

dos_logo150px   Długo nic się nie pojawiło w kategorii blog więc postanowiłem podjąć temat o informatykach (zainspirowany krótkim wpisem poruszającym ten temat gdzieś w internecie na forum/blogu). Całość będę traktował dość luźno dlatego mogą wystąpić jakieś moje skróty myślowe, opisy/przypisy, emotikony itp. przez co mogę się wydać dziwnym człowiekiem, ale każdy na swój sposób jest dziwny. Postaram się opisywać wszystko w miarę zrozumiale dla nie-informatyków (na tyle na ile potrafię). Nigdy nie pisałem na temat informatyków i tego z czym się zmagają/zajmują, bo nigdy nie uważałem (i nadal nie uważam), że to kogoś (szczególnie niezwiązanego z branżą) może zainteresować w jakikolwiek sposób (jednak jakieś „głosy” – a bardziej osoby – i to nie w mojej głowie były za tym aby chociaż coś napisać na ten temat). Przejdźmy jednak do interesującego (lub nie) nas tematu. Jest to część pierwsza i zobaczymy czy w ogóle powstanie część druga (może ta część zanudzi wszystkich na tyle, że nigdy nie przeczytają już żadnego mojego wpisu *hehe* albo może i odwrotnie będą czekać na kolejne hmmm). 😉 Zapraszam do lektury.

Troszkę historii – czyli chyba ta mniej ciekawa część (jakaś historia musi być)
   Moje początki styczności z komputerami sięgają roku 1995 kiedy to w domu pojawił się pierwszy komputer klasy PC. Wcześniej w kręgu zainteresowań było np. Nintendo/Pegasusy, a także była styczność z Atari oraz komputerami Amiga i Commodore 64 (C64). Wtedy też narodziło się moje zainteresowanie technologią i komputerami. Pomijając nudną historię rozwoju w początkowych fazach zainteresowania przejdę krok dalej, a mianowicie do czasu kiedy granie w gry zaczęło stwarzać wrażenie bezproduktywności i tracenia czasu (przestałem patrzeć na komputer tylko i wyłącznie jak na konsolę do gier 😉 ). Czegoś po prostu zaczęło mi brakować (może zacząłem dostrzegać w komputerze coś więcej niż tylko rozrywkę pod postacią różnego typu gier?). Choć kochałem grać w gry strategiczne (takie jak Warcraft, Dune 2, UFO: Enemy Unknown), strzelanki (Doom, Hexen, Heretic) to jednak granie w moje ulubione tytuły nie likwidowało wrażenia, że przewalam swój codzienny wolny czas, który można było spożytkować inaczej, na coś z czego nie mam i nie będę miał realnej korzyści. Zacząłem odnosić wrażenie, że komputer to nie jest taka lepsza konsola jak Nintendo tyko znacznie więcej i to pewnie był ten przełom *hehe*, bo w rzeczy samej komputer to znacznie potężniejsze narzędzie od Nintendo. Poza grami zacząłem odkrywać i zgłębiać świat komputerów od środka w przenośni i dosłownie. Gazety komputerowe, książki na temat systemów operacyjnych i komputerów to wtedy było moje główne źródło wiedzy, ale i czasem też TV (programy TV i telegazeta) czy radio. W czasach kiedy na komputerze był zainstalowany DOS, Windows 3.11, Windows 95 komputery nie były tak potężnymi obliczeniowo maszynami jak te dzisiejsze oraz nie posiadały takiej ilości pamięci RAM czy HDD. Każdy KiloBajt/MegaBajt był na wagę złota. W systemie DOS kombinowało się z plikiem autoexec.bat, config.sys, tworzyło się np. menu z różnymi trybami obsługi pamięci (kombinatoryka z pamięcią wysoką HIMEM.SYS, rozszerzoną EMM386.EXE, blokami pamięci górnej UMB, tworzenie RAM dysków itd. itp. aby niektóre gry się uruchomiły) żeby tylko wszystko chodziło jak najwydajniej. Komputer w tym czasie stał się dla mnie poligonem doświadczalnym i co ciekawe wiele przeżył np. dużo reinstalacji systemu (z dyskietek 3,5″ 1,44MB czy płyt CD 650MB/700MB), dzielenie na partycje, testowanie różnych rozwiązań/porad itp.. Poza tematem oprogramowania kombinowało się też od strony sprzętowej. Np. takie proste rzeczy jak podłączanie napędów CD/CD-RW, napędów dyskietek 3,5″/5,25″, dodatkowych dysków twardych, wymiana procesora, karty graficznej, dołożenie pamięci RAM, a nawet troszkę bardziej skomplikowane zabiegi jak „tuning” czyli OC -> podkręcanie procesora itp.. Kilka razy zdarzyło się mi wywalić korki w domu podłączając źle przycisk power w komputerze, a wbrew pozorom nie było wcale trudno tego dokonać. Kiedyś przycisk power miał podłączone kable bezpośrednio do zasilacza (zasilacze AT miały zazwyczaj ze sobą zintegrowany przycisk power i dopiero zasilacze ATX były/są uruchamiane z płyty głównej) i jeśli się odpięło kabelki i źle się je podłączyło do przycisku, to przy próbie uruchomienia było bzzzkk, bufff i korki były do wymiany. Trzeba było biegać do piwnicy i wkręcać nowe/włączać je, ale czasem obywało się bez strat w korkach. Jak się wciskało przycisk, a było słychać buuuuUUUUU (buczenie) i światło na całym piętrze zaczęło przygasać to można było szybko wyłączyć przycisk/wyjąć wtyczkę zasilania z gniazdka i zweryfikować/zamienić kable (czyli jak się człowiek zagapił, a już skręcił obudowę to dobrze było przed włączeniem komputera stanąć przy gniazdku żeby szybko wyjąć wtyczkę w razie W). Co ciekawe nawet przy takich zwarciach nigdy nie spaliłem zasilacza AT ani też nigdy żaden się sam nie spalił. Jeszcze niedawno miałem na strychu komputer klasy Pentium (bodajże 100MHz), który był całkowicie sprawny i można było na nim uruchomić Windowsa 98 SE.

   W czasach DOS, Win 3.11 zanim się nauczyłem czegoś więcej reinstalacje i serwis komputera robił kuzyn lub wujek. Jak system się „zwalił” to rodzice nie pozwalali nawet włączać komputera, bo się jeszcze bardziej „popsuje” i trzeba było czekać np. tydzień na przyjazd kuzyna lub ewentualnie wujka żeby zabrał komputer, a wtedy komputer znikał z domu na prawie miesiąc czasu. Tutaj właściwie też ciekawa sprawa co do obchodzenia się komputerem, bo takie podejście do komputerów u ludzi nie zniknęło do dzisiaj. Jak system padnie to ludzie też się boją go ponownie włączać co by „pacjent” nie rozchorował się bardziej. W przypadku uszkodzenia dysku to i w sumie słusznie, ale 90% takich przypadków to zwykły „pad” Windowsa, który jest spowodowany poniekąd niemożnością przyjęcia przez system już większej ilości wirusów, toolbarów, brakiem miejsca na dysku czy też po prostu ktoś odkurzał komputer wewnątrz (szkoda, że czasem taką informację człowiek otrzymuje po godzinie/paru godzinach od momentu próby naprawy komputera) i wciągnął/odłączył z płyty głównej jakąś wtyczkę lub zworkę.

   Kiedy pojawił się Windows 98 to były już czasy kiedy z komputerem robiłem o wiele więcej rzeczy jak np. w pełni samodzielna reinstalacja/instalacja systemu (żeby było ciekawiej Windows 98 można zainstalować i uruchomić tylko na komputerach z procesorem, który ma wbudowany koprocesor. Czyli np. stary 386SX/486SX nie był kompatybilny z Win98 i nie szło zainstalować na takim sprzęcie systemu, ale 386DX/486DX już był kompatybilny 😉 ), instalacja sterowników do sprzętu, konfiguracja modemu 56K do połączenia z internetem (czasy modemów, łącz ISDN itd.), instalacja drukarki, instalacja skanera, instalacja karty sieciowej i konfiguracja sieci LAN itd. Nie musiałem nikogo z rodziny prosić o pomoc. Może to się wydawać śmieszne na dzień dzisiejszy jednak w tamtym czasie komputer w domu nie był jak TV czy radio i niewiele osób posiadało sprzęt komputerowy w domu (a nawet nie każdy miał w pełni kolorowy TV), a jak ktoś miał komputer to też dopiero zaczynał swoją przygodę z tymi cudami techniki i poza włączeniem pasjansa lub sapera, a o obsłudze edytora tekstu poza notatnikiem już nie wspomnę, nie umiał za wiele. Były to też czasy kiedy instalatory programów/sterowników nie były w pełni automatyczne i trzeba było samemu dużo kombinować (chociaż i teraz po części też tak jest). W tym momencie pojawia się temat kiedy byłem coraz częściej proszony o pomoc w sprawach informatycznych, a sam też coraz bardziej się interesowałem sprzętem, oprogramowaniem oraz także programowaniem (czasy kiedy zaczynałem od programowania w QBasicu oraz później w Turbo Pascalu aka Paszczaq). Z programowaniem to historia jest taka (tak w skrócie), że uczyłem się właściwie wszystkiego z helpa dostępnego w samym środowisku danego języka (bardzo dobra pomoc w nich była razem z opisami oraz przykładami). Niestety nie posiadałem żadnej książki o programowaniu w QBasic czy też w Turbo Pascalu, a jednak udało się stworzyć proste programiki jak np. biblioteka płyt CD oparta na plikach (z odczytem, zapisem, wyszukiwaniem itd.). Przy Turbo Pascalu było trochę łatwiej, bo siostra miała w szkole programowanie w Pascalu na lekcjach informatyki więc mogłem wspierać się jej notatkami (które bardzo szybko okazały się mało pomocne z racji, że zacząłem tworzyć bardziej skomplikowane rzeczy niż oni w tym czasie na lekcjach jak np. obsługa grafiki w trybie 13h, używanie wyszukanych wstawek assemblera itd., ale podstawy z notatek były bardzo przydatne w nauce), ale głównym źródłem wiedzy był nadal help w IDE Pascala. Z racji, że dostęp do Internetu był bardzo ograniczony lub czasem nawet był jego brak to człowiek musiał sobie jakoś radzić. Korzystanie dla mnie z wbudowanej w środowisko pomocy było o tyle trudne, że te środowiska nie istniały w polskiej wersji językowej. Tyle ile rozumiałem (a było to bardzo mało) to sobie radziłem, a reszta to mozolne tłumaczenie co i jak z pomocą słownika. Jak tylko miałem dostęp do Internetu (czy w domu przez modem czy też gdzieś w kawiarence, czy u kumpla, czy w szkole) to ściągałem źródła programów, gier oraz artykuły udostępniane w sieci przez innych programistów (nagrywało się to na dyskietkę i w domu analizowało/przeglądało). Niestety dyskietki 3,5″ miały niesamowitą tendencję do psucia się co nieraz kończyło się wesołym „dzyyyyy, dzzzzyyyyy, szy szy szyszz…” napędu dyskietek i wyświetleniem błędu w połowie lub pod koniec kopiowania danych. Pamiętne czasy kiedy z kumplami się siedziało przed komputerami i nie grało w gry tylko studiowało topologie sieci i kombinowało jak podłączyć komputery w sieć LAN kablem BNC (sieć LAN na kablach BNC = masakra jak dla mnie), a później jak skonfigurować Windows 95/Windows 98 żeby to gadało ze sobą (próby przesyłania plików, grania w gry itd.). Sieci opartych na kablach koncentrycznych dobrze nie wspominam i na całe szczęście w domu miałem od razu sieć LAN na skrętce (karty LAN 10Mbit). Z czasów DOS’a pozostało mi do dzisiaj np. upodobanie do Midnight Commandera w Linuxie oraz Total Commandera w Windowsie, a to wszystko za sprawą starego poczciwego Norton Commandera pod DOS’a.

Trochę narzekania – komputery to czarna magia
   W czasach moich początków z komputerami jak ktoś czegoś nie wiedział lub nie umiał zrobić na komputerze to nie było to jakieś wielkie zdziwienie (szok i niedowierzanie). Były to czasy kiedy panowały książki o tytułach „DOS dla opornych”, „Norton Commander dla opornych”, „Komputer dla opornych” itd. jednak zawarta tam wiedza nie była pomocna dla człowieka na „wyższym” poziomie wtajemniczenia (ponieważ nie był on już „oporny” tylko „chłonny” na wiedzę i szukał bardziej specjalistyczny pomocy i opisów aniżeli „klawisz F9 wyświetla menu”). Ludzie obeznani w temacie wzajemnie sobie pomagali i kombinowali, bo tak właściwie trzeba było dzięki czemu sami budowali swoistą grupę ówczesnych geeków/nerdów oraz wspólną bazę wiedzy i doświadczeń. W obecnych czasach ludzie są i powinni już być bardziej zaznajomieni z komputerami i otaczającą nas technologią. Dziwi tylko fakt jakby uwstecznienia ludzi w obsłudze komputerów albo raczej w samodzielnym myśleniu. Kiedyś jak pojawiał się problem to próbowano go nawet na własną rękę rozwiązać czyli włączało się myślenie, a teraz jest raczej coś w rodzaju, że pojawia się błąd w komputerze (jakiś komunikat ERROR), myślenie się wyłącza, włącza się telefon do przyjaciela informatyka/komputerowca (w końcu się takiego zawsze ma i mówi „eeee słuchaj jakiś błąd się wyświetlił i nie wiem co zrobić”, a na pytanie jaki błąd odpowiadają „musisz przyjść i zobaczyć, bo ja się nie znam”). Po tylu latach edukacji językowej w szkołach każdy chyba (z młodych ludzi) powinien choćby w minimalnym stopniu ogarniać angielski albo być na tyle inteligentnym aby wziąć słownik do ręki (baaa uruchomić taki słownik w swoim wypasionym „smartfonie”, ale zapewne „smartfon” nie ma miejsca na słownik pl-en/en-pl ponieważ słowniki nie są hipsterskie tzn. są mainstreamowe lub też Facebook zjadł już całą dostępną pamięć…razem z szarymi komórkami użytkownika 😉 ) i przetłumaczyć sobie co znaczy owy komunikat z błędem, bo czasem się zdarza, że komunikat z „błędem” brzmi „Please insert CD 2” lub „Windows cannot connect to the printer. Check your printer is connected” (co się okazuje nie włączoną drukarką lub odłączonym kablem USB). Chociaż z dwojga złego lepiej takie „skomplikowane komunikaty błędów” niż problem z komunikatem „Press any key…” i szukanie odpowiedniego klawisza na klawiaturze.

   W firmach już nieraz zdarzało się mi przyjechać do „poważnej awarii” laptopa w biurze. Kilku pracowników „speców” z biura na wstępie opowiada historię jak to próbowali zaawansowanych sztuczek do diagnostyki (zapewne podpatrzone w filmie Hackers), ale komputer nie wstaje więc to coś bardzo poważnego, bo laptop rano działał i się nagle wyłączył, a teraz po naciśnięciu przycisku power włącza się i wyłącza. Idąc do stanowiska i słuchając opowieści rodem z filmów sci-fi o hakerach podchodzę do laptopa (przy pomocy tych „speców” i ich opowieści to bym pewnie spokojnie wysłał na księżyc łazik na podobę Łunochod 1/2. Dla zainteresowanych Wikipedia: Łazik (badania kosmosu) ) i sprawdzam zasilacz, który jest podłączony do gniazdka czyli jest OK. Siadam, wciskam przycisk power i widzę jak w laptopie mignie matryca i się komputer wyłącza z migającą diodą zasilania (oczywiście na około stado speców opowiada, że właśnie takie coś się dzieje, że to pewnie płyta główna albo uszkodzona bateria, a może BIOS/CMOS czy inny zwierz i trzeba laptop wziąć na serwis. Mhmmm tak, zapewne zwierz który się wylęgł z kurzu w radiatorze laptopa co jest już bardziej prawdopodobne w tym wszystkim 😉 ). Po tych wszystkich opowieściach miałem wrażenie, że rozebrali tego laptopa na części pierwsze i ponownie zlutowali przy użyciu lampki biurkowej i spinacza, a solder maskę zrobili gumką do ścierania (aka mazania). Laptop rzeczywiście nie działał tzn. nie włączał się. Migająca dioda zasilania w czasie próby włączenia komputera sygnalizowała raczej nienaładowaną baterię, ale zasilacz był przecież podpięty do laptopa. Co zrobić? Jedyna jakże „genialna” myśl w mojej głowie to było (sprawdzenie i) dociśnięcie wtyczki zasilania w laptopie (bo była włożona tylko w 3/4 jak się okazało). Dioda zasilania zaświeciła się na pomarańczowo czyli sygnalizowała ładowanie (w międzyczasie usłyszałem, że próbowali wyjmować baterie i uruchamiać bez baterii, ale to też nic nie dawało). Wcisnąłem przycisk power i laptop się uruchomił (wszystko ruszyło). Mina „speców” nie do opisania. Jak się przyznali to nikt nie sprawdził wtyczki zasilania przy laptopie. W sumie to i tak ciekawa sprawa, że osoba pracująca na laptopie nie zauważyła, że laptop pracuje na baterii (bateria dobra i trzymała ponad godzinę). Przecież jak się bateria wyładowuje to jest o tym komunikat, ale widocznie ktoś nie miał czasu go przeczytać, bo to pewnie kolejny nic nie znaczący komunikat. 😉 Dla mnie praca na 5 min, ale dojazd to prawie 30 min i żeby było mało to ciągłe poganianie przez telefon, bo już, natychmiast, pracować nie można, wszystko stoi (a później zdziwienie, że robota rozpisana na godzinę czasu z opisem „dociśnięcie wtyczki zasilania w laptopie” i płatne jak za godzinę pracy. No cóż życie 😉 ). W życiu informatyka jest wiele sytuacji tzn. takich banalnych jak i takich też bardziej skomplikowanych, które zahaczają wnet o granicę logicznego/racjonalnego wytłumaczenia. Czasem po prostu lepiej zrobić i nie tłumaczyć co było nie tak tylko powiedzieć „maaagic” i pójść do następnego problemu. Działa? Działa, to na ch.. drążyć temat.

To be continued…?
   To by było tyle w tej części. W małym skrócie opisana nic nie znacząca historia o pasji i hobby które przerodziło się w pracę zawodową i przestało być hobby ale nadal jest w sumie pasją. Nie wiem ile osób dobrnie do końca tego tekstu, ale nie zmienia to faktu, że całkiem sporą przyjemność mi sprawiło napisanie tego tekstu i przypomnienie sobie trochę czasów z początku mojej przygody z informatyką. Właściwie to sam się zdziwiłem, że można tyle napisać mimo, że zawsze się mi wydaje iż nic nie wiem (wiem bardzo mało) i nie mam o czym opowiadać.

   Przy pisaniu tego tekstu przeminęło mi 3,5h życia (napisanie tekstu, wprowadzenie wielu poprawek, wprowadzenie tysięcy poprawek i zmian w tekście, złożenie tego w miarę składną i spójną całość, staranie się nie przynudzać itd.), wypiłem 2 szklanki mirindy, zjadłem chipsy bekonowe i czekoladowego wafelka (takiego xxl), zjadłem dwie kanapki z szynką i jedną z serem (wszystkie kanapki polane sosem czosnkowo-majonezowo-musztardowo-miodowym własnej roboty) oraz zjadłem trochę nestli corn flakes (bez mleka), słuchałem dziwnej muzyki z playlisty jakiegoś gościa na youtube (dla zainteresowanych: Youtube Playlist: Dan’s Programming Music – swoją drogą nie wiem dlaczego gość to nazwał Programming Music. Ja przym tym programować bym nie mógł chociaż kawałki spoko np. E-Mantra – Monsoon (Sitra Mix) ma ciekawy klimat, ale Noah D – Fire Alarm [Official] też niczego sobie 😉 ).

Wszelkie uwagi i opinie mile widziane na Facebooku/e-mail/GG/Skype/w komentarzach.

Następne części:
Z życia informatyka – część 2
Z życia informatyka – część 3
Z życia informatyka – część 4
Z życia informatyka – część 5

You can leave a response, or trackback from your own site.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powered by WordPress | Designed by: NewWpThemes | Provided by Free WordPress Themes